poniedziałek, marca 06, 2017

Czuję się brzydka



Od bardzo, bardzo dawna gryzie mnie ten temat. Niestety, nie powiem Wam jakie hasła dominują u mnie na blogu w wyszukiwaniach bo nie mam jak się okazuje tejże funkcji w Google Analytics aktywnej. Poczytajcie jakie uparcie przewijają się u Agaty i Marty. A mnie do wtrącenia swoich trzech groszy zmotywował ostatecznie tekst Mileny. Wszystkie piszą o tym, że czują się brzydkie. Cóż. Każda z Was pewnie ochoczo zaprzeczy, bo dziewczyny są piękne. Każda z nich jest inna, ale wszystkie śliczne. A co z nami samymi? Pozwólmy sobie na chwilę zapomnienia o czymś tak oczywistym jak to, że przecież w gruncie rzeczy liczy się nasz charakter, to co w środku. Zajmijmy się tym, co na wierzchu.

Dziewczyny wyżej wspomniane mają nade mną jedną przewagę. Są szczupłe. Po bardzo restrykcyjnej diecie też byłam. Niestety, po diecie kilogramy wróciły, a z nimi poczucie przegranej oraz ta nieznośna myśl, że jestem taka obleśna. Niezależnie jak bym o siebie dbała - waga pozostaje. Dodajmy do tego chorą tarczycę i tabletki anty - mieszanka wybuchowa. Zawsze z goryczą myślę o tej niesprawiedliwości. No wiecie, że kocham jeść i gotować. Staram się robić to z głową, a moją jedyną słabością (uzależnieniem? bolączką?) są słodycze. Ta spirala się nakręca, bo jedząc słodycze - tyję, a tyjąc popadam w ponure nastroje i jem słodycze. Huh. 

Nie pomagają sklepy z odzieżą. Na tę chwilę idąc do galerii mam dwie opcje, z czego jedna jest przeciętna jakościowo, a druga nieprzeciętna cenowo. A przecież to, że jestem duża nie znaczy, że nie chcę ubrać ładnej sukienki czy ekstra koszuli... I wiecie co? Przykro mi, kiedy pod kolejnym postem na FB z modą dla puszystych, albo z informacją, że gdzieś tam ktoś tam był tak odważny i sfotografował panie w rozmiarach 50 plus czytam: "Jak można się tak zaniedbać", "To jest obleśne", "leniwe krowy", "jak ktoś tak wygląda to nie powinien chodzić na plażę, albo iść w ciuchach bo razi moje poczucie estetyki" (SIC!). To, że mam więcej kilo nie znaczy, że nie jestem człowiekiem. HALO! Zanim napiszesz coś takiego w necie pomyśl, że po drugiej stronie jest istota, która czuje, którą boli ta nieznośna myśl, że już nie jest rozmiaru 40, tylko 44. Albo, o zgrozo, 46. A jeszcze bardziej boli fakt, że komuś, kto mnie nie zna tak bardzo przeszkadza moja waga.

Pozostawmy jednak to, co oczywiste. Nie znoszę swoich oczu. Wiecie, że uwielbiam się malować, jednak jestem posiadaczką tak opadającej powieki, że już bardziej się nie da. Moja powieka nieruchoma dosłownie leży na moich rzęsach. "Dzięki" niej nie mogę teoretycznie zrobić: cut crease, jaskółki ani w sumie jakiejkolwiek fajnej kreski, banana, i wielu innych typów makijażu. Nie mogę zrobić i ćwiczyć tego, co kocham. Tak. Powieka to jest zdecydowanie coś, co z chęcią poprawiłabym sobie chirurgicznie. Ale nie dla innych. Nie dla męża. Koleżanki. Itp. Dla siebie. Żebym w końcu mogła szaleć. Inna sprawa, że nauczyłam się z nią żyć i nauczyłam ją malować. Dzięki temu mogę też pomóc innym paniom z tym samym problemem. Chociaż jeden plus.

Nigdy nikomu o tym nie wspominałam, ale mój mąż nie mówi mi, że jestem piękna (bo nie jestem, myślicie, że to dlatego? ;) ). Nie powiedział chyba nigdy, tak sam z siebie. Czy to boli? Trochę tak, bo kto nie lubi usłyszeć od naszego kochanego komplementu? A oni działają trochę inaczej niż my. Przynajmniej mój mąż, ale znam jeszcze kilka podobnych przypadków. "Jestem z Tobą, wybrałem Cię, jestem z Tobą szczęśliwy - to wszystko po prostu znaczy, że mi się podobasz, nie byłbym z Tobą, gdyby było inaczej." A ja bym chciała usłyszeć "Kochanie, pięknie wyglądasz dzisiaj!" "Ślicznie Ci w tej sukience!" "Wow, ale super Ci w takich mocnych ustach!". Proste zdania. Czy naprawdę są niezbędne, by żyć w szczęśliwym związku? Absolutnie nie! Mojego M. kocham nad życie, jest cudownym człowiekiem, dobrym, wrażliwym, ciepłym, wspaniałym kocioojcem, wspierającym partnerem... To mi czegoś brakuje. Takiego maleńkiego elementu... I wiem, że on nie czuje potrzeby, ale niestety, ja czasem trochę czuję.

Coś Wam powiem. Ostatnio w trakcie zajęć z angielskiego rozmawiałyśmy z moją uczennicą o wyglądzie zewnętrznym i pytaniem na rozgrzewkę było "What do you like best about the way you look?" (Co najbardziej podoba Ci się w Twoim wyglądzie?"). Proste pytanie. Przede mną siedziała piękna kobieta po trzydziestce: śliczna charakterna fryzurka, piękny nos, duże oczy, kształtne usta, kości policzkowe, o jakiej marzy niejedna z nas. Uwierzcie mi - zacięła się. Po prostu się zacięła. Byłam w szoku, że nie umie nazwać jednej rzeczy (a gdzie tu cztery!) która jej się w sobie podoba. Że kiedy nas się spyta, czego w sobie nie lubimy, potrafimy wystartować z litanią, ale gdy pada pytanie o to, co się nam podoba z naszego wyglądu - nagle otwieramy w zdziwieniu usta i nie wiemy, co powiedzieć. W końcu wspólnymi siłami udało nam się dojść do kilku budujących stwierdzeń. Za długo to jednak trwało! 

Jak pewnie niektórzy wiedzą, trochę maluję inne kobiety. Jakieś sesje, okazje. Uwierzycie mi, jak powiem, że prawie ŻADNA dziewczyna, kobieta, nie jest z siebie do końca zadowolona? Jak to jest, że faceci, nawet mocno średni z wyglądu, stają przed lustrem i widzą Adonisa... A my stajemy, patrzymy, i jęk niezadowolenia wydobywa się z naszych trzewi??? W każdym jednym przypadku! Ludzie, te wory pod oczami (często nawiasem mówiąc mylone z po prostu cieniami!)! Nie ten nos! Zdecydowanie za małe usta! Okropny kształt twarzy. To tylko kropla w morzu zarzutów, jakie wobec siebie mamy. A tymczasem, obiektywnie, czy naprawdę jest tak źle? 



Blogowanie, wbrew pozorom, pomogło mi zaakceptować siebie i pogodzić się trochę z tym, jaka jestem. I chociaż to, co widzimy na blogach to jakiegoś rodzaju kreacja, pokazujemy się od "tej lepszej" strony, z tego lepszego profilu... to jednak odwagi wymaga wrzucenie w sieć swojego wizerunku. Zwłaszcza dzisiaj. W tych czasach. 

Blogowanie nauczyło mnie dostrzegać w sobie także dobre strony... Jednak przy okazji takich postów i takich dyskusji w sieci zastanawiam się. Co sprawia, że kobiety są tak niepewne siebie i przekonane o tym, że są po prostu... brzydkie, nieładne, nieurodziwe? Czemu kiedy ktoś mówi mi, pisze, że jestem śliczna, że zrobiłam piękny makijaż, to zamiast zarumienić się i podziękować - oponuję? "Zwariowałaś? Ja? Ty to i owszem, ale ja???". Kto jest tu winien? Z pewnością częściową winą obarczam kulturę masową, pokazującą tylko jeden konkretny typ urody / figury jako ideał. Chudsze, grubsze, bardziej piegowate, mniej piegowate, z cienkimi brwiami, z grubymi brwiami, z wielkimi oczami, z małymi oczami... nie wpasowujące się w "jedyny słuszny" schemat czują się z tym źle. I ta teoria trzymałaby się kupy, gdyby nie fakt, że te pasujące do tego ideału także zadowolone z siebie do końca nie są. Więc czemu?

Czy widzę w sobie zatem jakieś plusy? Staram się. Lubię swoje usta - same często piszecie, że fajnie się na nich prezentują kosmetyki i ja to jakoś instynktownie od zawsze czułam. Posty o produktach do ust to jedne z moich ulubionych. Lubię moje włosy i one też mnie lubią, odwdzięczając mi się nienaganną kondycją nawet mimo eksperymentów :) Lubię swoje tatuaże, wyrażają to kim jestem, i bardzo siebie z nimi lubię. To tyle.

W ogóle nie chciałabym być piękna dla kogoś. Chciałabym być piękna dla siebie. Spojrzeć w lustro i pomyśleć: "Kaśka. Jest dobrze!". Staram się to czasem afirmować, ale kończy się zazwyczaj ze łzami w oczach. A potem ta straszna myśl. Czuję się brzydka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest dla mnie cenny, każdy z radością czytam i zapewniam, że na każdy postaram się odpowiedzieć najszybciej jak się da.

Bardzo Was proszę o niezostawianie w komentarzach bezpośrednich linków do blogów. Uwierzcie mi, ja też szukam fajnych blogów i jeśli zainteresuje mnie Wasz komentarz - poradzę sobie ze znalezieniem Waszego bloga.
Komentarze obraźliwe lub mające na celu wyłącznie autopromocję, a także wszelkiej maści spam będą od razu usuwane.

Copyright © 2014 Sweet & Punchy , Blogger